Co mi się nie podobało?

Autor na początku książki obiecuje nam, że wyposaży nas w magiczną moc czytania ludzi. Niedobry znak. Miałam ochotę zamknąć książkę po pierwszym rozdziale. Nie trzeba wiele, żeby rozumieć, że 300 stron jego książki nie zrobi z nas psychologa, czy agenta FBI.
Robin Dreeke jednak upiera się, że bez jego metody nasze życie będzie wybrakowane:

“Strach, strach, strach. (Jakby jeden strach nie był wystarczająco przerażający ~ przypis IS) Niemal każdy pierwotny lęk towarzyszący relacjom międzyludzkim można pokonać za pomocą najpotężniejszej zdolności człowieka: umiejętności przewidywania. Bez tej mocy zawsze będziesz nieufny – i drogo za to zapłacisz”.

No błagam. Przecież tego nie da się czytać. Pierwotne lęki nie biorą się z braku umiejętności przewidywania. Nie jest to najpotężniejsza zdolność człowieka. A twój dobrostan nie zależy od tego, czy przyswoisz jego metodę, czy nie.
Potem jest tylko gorzej. Co autor pisze o motywacji:

“Jeśli całym sercem oddajesz się pracy, jej efekty będą trwały dłużej niż twoje życie, obiegną cały świat, a wraz z nimi cząstka ciebie” no chyba, że odniesiesz porażkę.

“Żeby prawidłowo funkcjonować, istota ludzka musi przewidywać, jak postąpią inni, i stosownie do tego im ufać lub nie”.

Zgadzam się. Muszę jednak dodać, że niepotrzebny jest nam do tego żaden magiczny system agenta FBI. Wszystkie niezbędne umiejętności mamy w sobie. Zapewniła nam je ewolucja. Jak myślisz na jaką część ciała zwracamy najpierw uwagę, kiedy poznajemy nową osobę? Na twarz, oczy, a może piersi? Badania wykazały, że na…ręce. Jeśli osoba, z którą zaczynasz rozmawiać ma ręce splecione za plecami, możesz poczuć dyskomfort, uczucie, że coś przed tobą ukrywa. Może nawet ciekawość.

Jest to pozostałość po czasach, kiedy hominidy biegały po jaskiniach. Dłonie na widoku, były równoznaczne z pokojowymi zamiarami. Jeśli jednak człowiek pierwotny trzymał je za plecami, drugi nie mógł być pewny jego intencji. Myśli typu “ Ma tam maczugę” “ma tam kamień” “on mnie zabić” krążyły w umysłach naszych przodków. Zapewniło nam to przetrwanie.

Jak ewolucja działa w nas dzisiaj?

Widząc osobę ukrywającą dłonie, z pewnością nie dojdziesz do wniosku, że chce Cię zabić – poczujesz jednak dyskomfort. Zrobisz to podświadomie i odbije się to na twojej generalnej ocenie rozmówcy. Nasze umiejętności “czytania ludzi” są większe niż nam się wydaje. Większość z nich działa jednak podświadomie (i całe szczęście!): uśmiech = przyjaciel, symetryczność twarzy = dobre geny, zapach = poziom testosteronu/estrogenu. Nasze ciało przetwarza mnóstwo informacji i pozwala nam ocenić drugiego człowieka. Oczywiście nasz osąd może być zniekształcony przez stereotypy, atrakcyjność rozmówcy, skuteczną autoprezentację, możemy się też mylić…O tym w książce ani słowa.

Są to jedynie moje skromne uwagi. Psychologii ewolucyjnej raczej nie znajdziecie w „Jak czytać…”. Jeśli zainteresował Was ten temat, to w przyjemny sposób możecie dowiedzieć się czegoś więcej tutaj.

Jeszcze kilka minusów
Brak bibliografii jest po prostu smutny. Autor kilkakrotnie powołuje się na badania. Nie możemy mieć jednak nadziei na ich odnalezienie.

Autor daje nam uniwersalny system, który polega na aktywnym interpretowaniu zachowania człowieka. Dla mnie jest to raczej nużąca wizja. Wolę zaufać moim instynktom niż czynnie przyglądać się, czy oczy mojego rozmówcy nie są przypadkiem zbyt przymrużone – co zdaniem autora jest znakiem braku wiarygodności. Przecież osoba wiarygodna zawsze “patrzy otwarcie”…

Lubuje się też w listach. Pozwolę sobie przytoczyć tutaj wyżej już wspomnianą listę “dziesięciu pozytywnych przesłanek dotyczących wiarygodności” (czytaj: 10 cech idealnego pracownika):

[po naciśnięciu plusika wyświetli się mój komentarz]

1. Ludzie wiarygodni są pewni siebie

No chyba, że nie są. Pewność siebie moim zdaniem wcale nie świadczy o wiarygodności. Ktoś może być nieśmiały, a godny zaufania. 

2. Mówią konkretnie

Ok, zgadzam się. 

3. Nie kryją własnych błędów i słabości

Autor pisze, że lubimy pracować z osobami, których silne i słabe strony są oczywiste, bo przez to są przewidywalni. No dobrze, ale chyba zapomniał tutaj, że nadal pisze o wiarygodności, którą rozumie jako połączenie kompetencji i zaangażowania.

Wiarygodność= kompetencja + zaangażowanie

Moim zdaniem osoba wiarygodna powinna pokazywać swoje słabości, ale tylko te mało znaczące, tak by nie ucierpiała na tym jej kompetencja. Moja definicja wiarygodności różni się też od propozycji autora.

4. Nie boją się trudnych zadań i napiętych terminów

Czyli są cyborgami. 

5. Zaczynają działać szybko, a później tylko przyśpieszają

Zaśmiałam się czytając ten fragment. Zgodzę się z tym, że osoby kompetentne (niekoniecznie wiarygodne – i znów problem, że nie wiemy do końca o kim on pisze) działają szybciej, bo mają odpowiednie narzędzia i doświadczenie. Ale w następnym zdaniu było już tylko zabawniej: „czerpią wielką satysfakcję z faktu, że ukończą coś pierwsi i będą mogli pomagać innym”. No już lecą. 

6. Są dociekliwi
7. Spokojnie przyjmują krytykę

„Ludzie godni zaufania rzadko się denerwują, gdy ktoś coś im zarzuca (…). Krytykę przyjmują jako naukę na przyszłość”. Czyli są potulni, nie dają się wyprowadzić z równowagi. Moim zdaniem zależy to od sposobu w jaki „ktoś coś im zarzuca”. Zależy od tego kim ten ktoś jest. Zależy od wielu czynników (jak bardzo brakuje mi tych dwóch słów w tej książce 😕). Jeśli ktoś się wydziera i przeklina osobę wiarygodną bezpodstawnie, a ona spokojnie przyjmuje krytykę i myśli „przyjmuję to jako naukę na przyszłość”, to nie jest dla mnie wiarygodna, tylko potulna.

8. Uważają, że ich wkład w realizację danego projektu zależy nie od tego, jak bardzo się poświęcali, lecz od efektów ich pracy

W kolejnym punkcie autor pisze, że osoby wiarygodne ” nie oceniają się na podstawie tego, czy zwyciężyli, czy ponieśli porażkę. Miarą ich samopoczucia są kompetencje i zaangażowanie – dają z siebie wszystko i niech się dzieje, co chce”. To w końcu liczą się efekty pracy, czy zaangażowanie? Ja już się pogubiłam. 

9. Płynący od nich przekaz pozawerbalny jest stały i spójny, zachowują pozytywne nastawienie nawet w chwilach napięcia i stresu
10. Ludzie wiarygodni nie mają wrogów.

Nawet nie wiem co napisać. Jest to po prostu nieprawda. Jeśli jesteś wiarygodny (czyli według autora również zaangażowany i kompetentny) to zawsze znajdą się ludzie, którzy będą Ci zazdrościć i przez to źle życzyć. Autor pisze: „Ludzie wiarygodni nie mają wrogów. Nie chcą ich mieć”. Gdyby to było takie proste… 

Co podobało mi się w książce?

Zdecydowanie najwięcej przyjemności sprawiało mi nie zgadzanie się z autorem. Czytałam aktywnie. Podkreślając wszystkie nieścisłości.

Z listy “sześciu sygnałów pozwalających przewidywać zachowanie człowieka” wyciągnęłam kilka ciekawych wniosków, choć dla mnie są to raczej porady jak prowadzić dobre konto na instagramie. Tak je też interpretowałam i dało mi to dużo do myślenia. Nie sądzę jednak, by przydały mi się przy przewidywaniu zachowań kogokolwiek.

“Dobrzy rozmówcy zadają dużo pytań”

Absolutnie się pod tym podpisuję. Jest to umiejętność, której od dawna świadomie się uczę. Trzeba jeszcze wiedzieć jakie pytania zadawać. Moim zdaniem powinny być szczere, odważne, ale z zachowaniem godności i prywatności drugiego człowieka. Zadawanie dobrych pytań jest trudną sztuką (nie łudźcie się, że znajdziecie jakieś porady w tym temacie w “Jak czytać…”).

Kolejny cytat, który zapisałam sobie jako inspirację do prowadzenia rozmów rekrutacyjnych (kto wie, gdzie będę w przyszłości pracować):

“Jako generalną zasadę trzeba przyjąć, że osoby radzące sobie w małżeństwie i w relacjach międzyludzkich będą też raczej kompetentne w pracy zawodowej”.

Autor pisze, że “poniekąd” najlepszą przesłanką o kompetencji są odpowiedzi na rozmaite sfery życia: dzieci, małżonków, osiągnięcia. Dodaje, że pytania powinny być niezobowiązujące i ogólne. Wszystko fajnie, jest tylko jeden problem. W Polsce istnieje RODO, które uniemożliwia zadawanie prywatnych pytań na rozmowach rekrutacyjnych. Nie wolno pytać o rodzinę, zainteresowania niezwiązane z pracą itp. Rada Amerykanina jest bezużyteczna na polskim rynku.

„Podobnie jest z autentycznością – jest to cenna zaleta, jednak negatywne aspekty czyjejś osobowości też mogą być autentyczne, a mimo to – niewłaściwe i niewybaczalne”

Zgadzam się z tym zdaniem (no może trochę przesadził używając słowa „niewybaczalne”). W dzisiejszym świecie jest duża presja na „bycie sobą”. Nacisk kładzie się jednak na pozytywne cechy. Pomijanie negatywnych, sprawia, że wszystko przechyla się w stronę autoprezentacji i kreowania siebie. Kreacje odbiegają od rzeczywistości i w rezultacie mamy grono młodych ludzi, którzy nie wiedzą kim są. 

Z “pięciu sztuczek przyśpieszających pogłębianie relacji” podobała mi się propozycja zwiększania doznań, gdzie autor zachęca do “wyłączania komuś autopilota”. Przy niekonwencjonalnych przeżyciach więzi szybciej się zaciśniają.

“Eksponuj cudze zalety”

Kolejna magiczna sztuczka pogłębiania relacji. Trafna, choć niekompletna. W rzeczywistości nie jest to takie proste. Eksponowanie cudzych zalet może nie wystarczyć – trzeba jeszcze zrobić to umiejętnie. Wkradanie się w czyjeś łaski – ingracjacja, może być źle zinterpretowana. Możemy zostać odebrani jako interesowni, co przyniesie efekt zgoła odwrotny do zamierzonego.

Jak więc chwalić, aby wydało się to bezinteresowne?

Najlepsze są komplementy pośrednie – kiedy ktoś inny przekaże osobie, której chcecie zaimponować, że dobrze o niej mówicie. Takie słowa wydają nam się wtedy szczególnie szczere.

Jeśli chcecie skomplementować kogoś bezpośrednio – najlepiej zróbcie to w dziedzinie, w której nie jest on do końca pewny swojej wartości. Gdzie ma wątpliwości i wasz głos będzie miał znaczenie. Kolejne “ładnie dziś wyglądasz” zaadresowane do atrakcyjnej dziewczyny, raczej nic nie zmieni (chyba, że jest niepewna swojego piękna). Warto pochwalić jej głęboki ton głosu, wiersz, który ostatnio napisała, czy intelekt.

 

Co różni mnie od robina dreeke?

 

 

Dzieli nas przede wszystkim ogromna różnica kulturowa. Myślę, że książka z pewnością spotkała się z pozytywnym odbiorem w Ameryce. Jako Polka nie jestem jednak podatna na słodycz płynącą ze stron “Jak czytać…”. Nie porywają mnie obietnice i idyliczne stwierdzenia typu: “Witamy w FBI. Potrafisz już myśleć jak agent. Nie pozwalałeś, by rozpraszały cię emocje”, a wręcz przeciwnie odbieram je jako manipulację. Nie, nawet nie jako manipulację. To są po prostu puste słowa. Mam wrażenie, że autor miejscami wątpi w inteligencje swoich czytelników. Zamiast przedstawić naukowe fakty sprzedaje nam bajeczki. Nie znaczy to, że uważam się za inteligentniejszą od autora. Po prostu patrzę przez swój pryzmat kulturowy. 

moja ocena

Czy warto przeczytać?

Ze smutkiem stwierdzam, że warto przeczytać tę książkę dla tych kilku fajnych zdań, które się w niej znajdują. Niestety, trzeba tym samym przetrwać godziny czytania bełtu i oddzielania ziarna od plew.

Jeśli zdecydujecie się na lekturę to polecam omijanie doświadczeń autora i czytanie tylko fragmentów nieoznaczonych datami. Zaoszczędzicie tym samym dużo cennego czasu. Jego historie nie są złe – po prostu mało wnoszą i nie angażują.

Jeszcze jedno: czy po przeczytaniu tego poradnika umiem “czytać ludzi”? Niestety nie.